Relacja z Food & Wine Tasting from Castilla y León, Warszawa 2026
Wydarzenie Food & Wine Tasting from Castilla y León odbyło się ponownie w warszawskim hotelu Barceló Warsaw Powiśle, nad Wisłą – w miejscu, które coraz wyraźniej zaczyna kojarzyć mi się z powrotem do hiszpańskiego środka ciężkości. Nie do Hiszpanii wakacyjnej, pocztówkowej, oczywistej. Raczej do tej kontynentalnej, szerokiej, czasem milczącej, gdzie wino nie zawsze krzyczy aromatem, ale potrafi mówić przez strukturę, temperaturę nocy, wiek krzewów i decyzje enologa.
Powrót nad Wisłę
Są regiony, które można opisać mapą. I są takie, do których mapa jest tylko początkiem rozmowy. Castilla y León należy do tej drugiej grupy: ogromna, historyczna, kultowa, pozornie surowa, a w kieliszku zaskakująca i różna. Po pierwszym tekście, w którym potraktowałam ją jako wstęp do regionu, wracam do niej po raz drugi – z poziomu doświadczenia: dwóch masterclassów, rozmów z producentami, produktów spożywczych i kilku win, które zostały zauważone, wyjątkowo ciekawe, każde z innego powodu.
Za organizacją wydarzenia stała Marzena Krucz i Degusta Gourmet – z tą bardzo potrzebną, praktyczną energią łączenia świata wina, gastronomii i ludzi, którzy realnie mogą te produkty wprowadzać do obiegu: importerów, dystrybutorów, sommelierów, restauratorów, sklepów specjalistycznych i mediów branżowych. Pojawił się również projekt VINOTOUR, który naturalnie dopowiada coś, co w przypadku Castilla y León jest szczególnie ważne: tego regionu nie da się zrozumieć wyłącznie przez etykietę. Trzeba do niego pojechać, zobaczyć odległości, wysokość, kamienie, klasztory, piwnice, suche powietrze i tę przedziwną elegancję surowego krajobrazu. Zresztą co tu dużo mówić, wszystko czego dotkniemy, co poczujemy osobiście poprzez doświadczenie staje się zupełnie inną, dużo głębszą poznawczo wartością.

Dwa masterclassy, jeden region i kilka bardzo ważnych pytań
Tego dnia uczestniczyłam w dwóch masterclassach prowadzonych przez Michała Stykowskiego. Pierwszy – „Tempranillo i czas. Jak starzeje się ikona hiszpańskich szczepów z różnych terroir” — brzmiał jak temat klasyczny, ale w praktyce okazał się rozmową o wielu zegarach naraz. Bo w Castilla y León czas nie jest jedną kategorią. Inaczej pracuje w starym krzewie, inaczej w dębie, inaczej w butelce, a jeszcze inaczej w miejscu, które przez dekady było znane głównie z potężnych czerwieni, a dziś coraz odważniej mówi o szczegółach pochodzenia.
Drugi masterclass – „Blend czy monovarietal. Decyzje definiujące styl wina” – był dla mnie świetnym domknięciem pierwszego. Bo jeśli czas odpowiada na pytanie, jak wino dojrzewa, to decyzja o blendzie albo monovarietalu pokazuje, co producent chce w ogóle powiedzieć. Czy zależy mu na czystym głosie jednej odmiany? Czy na kompozycji? Czy na sile miejsca? Czy na historycznej logice winnicy, w której odmiany rosły obok siebie zanim ktokolwiek zaczął porządkować świat według tabel i regulaminów?
Castilla y León: nie jeden region, tylko archipelag stylów
Castilla y León bywa w Polsce skracana do Ribera del Duero. To wygodne, bo Ribera jest silną marką, jedną z najważniejszych hiszpańskich denominacji i naturalnym punktem odniesienia dla tempranillo. Ale takie uproszczenie jest coraz mniej wystarczające. Na mapie regionu obok Ribery pojawiają się przecież Rueda, Toro, Bierzo, Cigales, León, Arlanza, Arribes, Tierra del Vino de Zamora, Cebreros, Sierra de Salamanca, Valtiendas, Valles de Benavente i cała szeroka przestrzeń IGP Vino de la Tierra de Castilla y León. Administracyjnie to jeden z największych regionów Hiszpanii, a winiarsko – raczej zbiór osobnych temperamentów niż jednolita opowieść.
To, co łączy wiele z tych miejsc, to kontynentalność: gorące dni, chłodne noce, wysokość, wiatr i krajobraz, który nie rozpieszcza. Właśnie dlatego tak ważne staje się pytanie o świeżość. Nie o świeżość jako prostą lekkość, ale jako nerw w winie: kwasowość napięcie, zdolność do starzenia i odporność na przesadę. Castilla y León potrafi dać wina szerokie, ciemne i muskularne, ale najlepsze z nich nie kończą się na sile. Mają jeszcze precyzję. I tę precyzję coraz częściej buduje się nie przez więcej, ale przez mądrzej.
tempranillo, tinto fino, tinta de toro – ta sama odmiana, inne słowniki
W pierwszym masterclassie najważniejszym bohaterem było tempranillo, ale nie jako odmiana z podręcznika. Raczej jako rodzina języków. W Ribera del Duero mówimy o nim często tinto fino albo tinta del país; w Toro pojawia się tinta de toro. Genetycznie poruszamy się w orbicie tej samej wielkiej hiszpańskiej odmiany, ale organoleptycznie różnice potrafią być wyraźne: inna grubość skórek, inna ekspresja taniny, inny ciężar owocu, inny sposób reagowania na suszę, wysokość i czas.
To był jeden z najciekawszych wątków dnia: tempranillo nie starzeje się tylko dlatego, że leży w beczce. Starzeje się już wcześniej – w miejscu. W wieku krzewu. W głębokości korzeni. W decyzji, czy owoc pochodzi z chłodniejszej parceli w Sorii, z bardziej klasycznego krajobrazu Burgos, z okolic Peñafiel, Pesquery i Quintanilli, czy z mocniejszego, gorętszego Toro. W kieliszku czas nie jest więc prostą linią od joven do gran reserva. Bardziej przypomina kilka nakładających się warstw: czas ziemi, czas krzewu, czas dębu, czas butelki i czas osoby, która decyduje, kiedy powiedzieć „dość”.
Stare krzewy, wysokość i gleba: to nie są ozdobniki
W materiałach z masterclassu wracał temat starych krzewów, wysokości oraz gleby – wapienia, gliny i piasku. I dobrze, bo to są słowa, które łatwo brzmią efektownie, ale w praktyce mają bardzo konkretne konsekwencje. Stare krzewy dają mniejszy plon i często większą koncentrację, ale same w sobie nie są automatyczną gwarancją wielkiego wina. Wysokość może pomóc zachować kwasowość i aromatyczną precyzję, ale wymaga umiejętnego prowadzenia dojrzewania. Gliny potrafią zatrzymać wodę i dać winu objętość; wapienne komponenty często porządkują strukturę; piasek bywa kojarzony z elegancją, subtelnością i – w niektórych miejscach – z ocaleniem starych krzewów przed filokserą.
Najbardziej lubię w takich degustacjach moment, w którym modne hasła przestają być hasłami. Gdy „terroir” nie oznacza poetyckiej naklejki na etykiecie, tylko konkretny efekt w kieliszku: inaczej prowadzoną taninę, inny środek podniebienia, inną długość, inną temperaturę serwisu, inną potrzebę powietrza. I nagle okazuje się, że Castilla y León nie jest ciężka. Jest tylko źle rozumiana, jeśli oczekuje się od niej jednego stylu.
Blend czy monovarietal: decyzja, która zdradza intencję
Drugi masterclass pokazał, że pytanie „blend czy monovarietal” wcale nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Monovarietal bywa czytelny, komunikatywny i atrakcyjny dla rynku: jedna odmiana, jeden głos, łatwiejsza opowieść. Ale blend może być bardziej historyczny, bardziej gastronomiczny i bliższy temu, jak przez lata funkcjonowały winnice. Szczególnie w przypadku rosé i clarete, gdzie Cigales przypomina, że różowe wino w Hiszpanii nie zaczęło się od mody na blady kolor.
W Cigales niezwykle ciekawy jest właśnie ten moment między rosado a clarete: między winem różowym rozumianym współcześnie, a tradycyjną logiką wspólnego fermentowania odmian czerwonych i białych. W Rueda verdejo ma swój własny, coraz szerszy zakres – od świeżych, natychmiastowych bieli po wina na osadzie, bardziej teksturalne, gastronomiczne. W Bierzo mencía pokazuje inną twarz regionu: świeższą, czasem bardziej ziołową, kamienną, mniej oczywistą dla tych, którzy przychodzą wyłącznie po tempranillo. W Toro tinta de toro przypomina natomiast, że moc nie musi oznaczać braku elegancji, o ile producent nie pomyli koncentracji z nadmiarem.

Biel z Ribery i róż z Cigales, czyli region wychodzi poza stereotyp
Jednym z najważniejszych współczesnych przesunięć jest dla mnie temat win białych w Ribera del Duero. albillo mayor długo pozostawało w cieniu wielkich czerwieni, choć historycznie było częścią lokalnego krajobrazu. Dziś wraca jako odmiana, która potrafi dawać wina szerokie, teksturalne, czasem z nutą owocu pestkowego, ziołowości, delikatnej kremowości i mineralnego posmaku. Nie jest to biel „do odhaczenia” w regionie czerwonym. To raczej biel, która zaczyna mówić własnym głosem.
Podobnie róż z Castilla y León wymaga uwolnienia od prostych skojarzeń. Nie chodzi tylko o kolor. Chodzi o decyzję technologiczną, historię i gastronomię. Rosado bezpośrednie, sangrado i clarete prowadzą do innych efektów: od delikatności i świeżości po strukturę, głębię i bardziej kulinarny charakter. Przy stole, obok wędlin, dojrzewających mięs, ceciny czy chorizo, te style nagle przestają być „winami na lato”. Stają się winami do jedzenia. A to zupełnie inna rozmowa.
Produkty spożywcze jako druga połowa opowieści
Obok win pojawiły się produkty spożywcze reprezentujące region i hiszpańską kulturę stołu: jamón de bellota 100% ibérico, cecina de vacuno, lomito ibérico, salchichón ibérico, chorizo ibérico. To nie były dodatki w tle. Przy takim wydarzeniu gastronomia działa jak tłumacz. Pokazuje, dlaczego wino ma taką strukturę, dlaczego tanina nie jest problemem, tylko narzędziem, dlaczego kwasowość w verdejo albo mencíi ma sens, a rosé z Cigales może unieść więcej niż sałatkę i letni zachwyt.
Castilla y León jest regionem, w którym wino rzadko istnieje samotnie. Ono lubi mięso, dym, tłuszcz, sól, dojrzewanie, pieczone warzywa, strączki, sery. Lubi konkret. Ale w najlepszych momentach ten konkret nie przygniata wina, tylko ustawia je w naturalnym środowisku.
Trzy etykiety, które zostały ze mną
Z całego wydarzenia wybrałam trzy etykiety. Nie te, które przygotowane zostały na masterclassy ale te, które po krotkiej somotnej rundce między stołami producentów zwyczajnie zapadły mi w pamięć i nie dlatego, że zamykają cały region – przeciwnie, każda z nich otwiera inną jego część.



Silencio de Miros od Bodegas Peñafiel przyciągnęło mnie już samą nazwą. „Cisza” w Ribera del Duero brzmi jak obietnica czegoś mniej oczywistego niż siła. Według materiałów producenta to vino de finca związane z parcelą La Viña de Rafael. W moim odbiorze to wino z tej części Ribery, która potrafi mówić elegancją: ciemna wiśnia, dojrzała jeżyna, ślad balsamiczny, mineralny nerw, dobrze wtopiony dąb, tanina obecna, ale nie agresywna. To wino, które zostawia po sobie cień: długi, chłodniejszy, bardziej skupiony niż rozłożysty.
Virtus Gran Reserva 2020 było innym rodzajem opowieści. Sama etykieta – koń, złoto, ciemna butelka – ma w sobie teatralność, ale w kieliszku najciekawszy był balans między ambicją a porządkiem. Bodegas Virtus buduje swoją narrację wokół dwóch rodzinnych historii: wielkich win i koni, a w winach podkreśla szacunek dla odmiany i owocu bardziej niż dominację dojrzewania. W aromacie szukałabym tu ciemnych owoców, kakao, przypraw, nut balsamicznych, odrobiny wanilii i tej charakterystycznej dla Ribery powagi, która potrzebuje powietrza. Na podniebieniu: struktura, gęstość, ale też tanina, która ma być ramą, nie ścianą.
La Retama z Bodegas Balbás była z kolei dla mnie jednym z najciekawszych przypomnień, że Ribera del Duero nie musi być wyłącznie czerwona. To 100% albillo mayor z parceli La Retama, fermentowane w cemencie i dojrzewające w dużych beczkach z francuskiego dębu. W kieliszku taka biel potrafi iść w stronę moreli, owocu pestkowego, subtelnego tropikalnego akcentu, kwiatów, delikatnej kremowości po osadzie i mineralnego, słonawego domknięcia. Ma objętość, ale nie jest ciężka. Ma drewno, ale nie pachnie beczką jako osobnym tematem. Dla mnie to dokładnie ten typ wina, który pokazuje, że nowoczesność regionu czasem polega na odzyskaniu czegoś bardzo starego.
Dlaczego ten powrót był ważny
Ten drugi tekst o Castilla y León piszę więc nie jako prostą relację z wydarzenia, ale jako notatkę z przesunięcia. Pierwszy kontakt z regionem często prowadzi przez nazwę Ribera del Duero i hasło tempranillo. Drugi kontakt zaczyna zadawać pytania: które tempranillo? z jakiej wysokości? z jakiego wieku krzewów? z jakiej gleby? z której strony rzeki? ile dębu? ile butelki? czy jedna odmiana, czy kompozycja? czy producent chce pokazać markę, miejsce, czy własną interpretację czasu?
Właśnie dlatego takie wydarzenia są potrzebne. Nie tylko pokazują producentów, których można spotkać przy stoliku i zapytać o import, dystrybucję czy etykietę. One porządkują myślenie. Dają branży wspólny język. A odbiorcom – nawet jeśli pośrednio – dają szansę na ciekawsze kieliszki w restauracjach, sklepach i domach. Jeśli ktoś myśli, że Castilla y León to tylko mocne czerwone wino do steku, po takim dniu musi dopisać kilka rozdziałów: o albillo mayor, o clarete, o mencíi, o verdejo, o tinta de toro, o starych krzewach, o piasku, wapieniu, glinie i o decyzjach, które nie zawsze widać na etykiecie, ale zawsze czuć w strukturze.
!Nos vemos pronto! Castilla y León
Patrycja Anna Wajer
Uwaga redakcyjna: nazwy odmian winorośli zapisano małą literą zgodnie z przyjętą praktyką stylistyczną tekstu; nazwy regionów i apelacji pozostawiono wielką literą.


